Z Zachodu na Wschód, ze Wschodu na Zachód. Krótka historia anime

Pisząc o historii i ewolucji animacji, nie wspomnieliśmy o dokonaniach Azjatów. Powód był prosty: jeśli chodzi o technikę, Japończycy i ich sąsiedzi zawsze pozostawali trochę w tyle za resztą świata. Braki w zapleczu nadrabiali jednak stylem, dzięki czemu dziś możemy cieszyć oczy tysiącami świetnych produkcji anime.

Wbrew pozorom anime nie jest gatunkiem. Nie jest też techniką, ponieważ techniki stosowane w ramach anime są rozmaite – obejmują rysunki tradycyjne, rotoskopię, animację komputerową 2D i 3D i inne. Z metod tych korzystają studia z całego świata. Anime nie jest także określeniem stylistyki, ponieważ potrafi ona być odmienna w zależności od reżysera: realistyczna, karykaturalna, surowa czy bizantyjsko wręcz bogata.

Czym zatem jest anime?

Mówiąc krótko: anime – pochodna słowa „animacja” – to japońskie określenie animacji. Zachód początkowo używał go w stosunku do animacji japońskiej, lecz z czasem termin ten zaczął obejmować produkcje również z innych krajów Azji, które zaadaptowały techniki i stylistykę Japończyków. To ogólny styl, w którym produkowane są filmy najróżniejszych gatunków: komedie, horrory, sensacje czy SF – wszystkie pochodzące ze wschodniej Azji.

Anime nigdy nie ścigało się z zachodnimi produkcjami na nowinki technologiczne; twórcy raczej adaptowali już istniejące rozwiązania na własne potrzeby, okraszając całość unikalną stylistyką. Oczywiście wynaleźli też kilka własnych trików, ale najczęściej wzorowali się na zachodnich twórcach. Nie wierzycie?

Opóźniony zapłon

Kiedy Japończycy zaczęli eksperymentować z animacją, ruchome rysunki były już dobrze znane w Europie i Ameryce. Za pierwszy japoński film animowany uznaje się „Imokawa Mukuzo Genkanban no Maki”, wyprodukowany w 1917 r., czyli trzy lata po tym, jak serca amerykańskich widzów podbił dinozaur Gertie – pierwsza kreskówkowa postać z charakterem. Jak zobaczycie poniżej, jakość animacji jest kiepska, a wykorzystana technika (rysunki wykonane kredą na tablicy) prosta i niezbyt efektowna.

Moglibyśmy się kłócić, że jeśli chodzi o animację, Japończycy byli pierwsi, ale tego nie zrobimy. Wprawdzie odkryty niedawno filmik “Katsudo Shashin” (Ruchome obrazki) datowany jest na rok 1907, ale o roku produkcji można tylko spekulować. Poza tym całość trwa zaledwie trzy sekundy i nie jest pełnoprawnym filmem, tylko raczej ciekawostką, którą można przedstawić w postaci animowanego GIF-a.

Aż do początku lat 50. Japonia nie mogła poszczycić się znaczącymi osiągnięciami w dziedzinie animacji. Filmy rysunkowe szeroko wykorzystywano w celach propagandowych, ale nie miały one wiele wspólnego ani z komercją, ani ze sztuką. Wszystko miało się zmienić za sprawą jednego człowieka.

Podpatrzone u Disneya

Fundament pod doskonale rozpoznawalny japoński styl rysowania położył Osamu Tezuka, zwany „bogiem mangi” (czyli japońskiego komiksu). Jego styl odcisnął piętno również na animacji.

Kadry Tezuki, w których zakochały się miliony, choć statyczne, wyglądały bardzo dynamicznie, a sposób narracji był typowo filmowy. Rysownik stał się wzorem dla pokoleń artystów, a jego wpływ widać do dziś w niemal każdej azjatyckiej produkcji animowanej. Tylko że jego styl… to w dużej mierze styl Amerykanów.

Tezuka, który zaczął osiągać sukcesy po drugiej wojnie światowej, szukał inspiracji w kinie francuskim i niemieckim, ale również u Walta Disneya. Bohaterowie japońskich komiksów i kreskówek mają dziś duże głowy i wielkie oczy między innymi dlatego, że tym cechowali się Donald i Mickey, których Tezuka uwielbiał oglądać w młodości.

Największym dziełem Tezuki jest „Tetsuwan Atom”: manga (a później także animacja) z gatunku science fiction, znana na Zachodzie pod tytułem „Astro Boy”. Wystarczy rzucić okiem na głównego bohatera, aby zauważyć podobieństwa z wczesnym Disneyem.

W latach 60. komiks doczekał się adaptacji w postaci telewizyjnego serialu animowanego, który cieszył się znakomitą renomą nawet za granicami Japonii. Dość powiedzieć, że studio Disneya nosiło się z zamiarem wyprodukowania czegoś na kształt „Astro Boya”. Zwykle jednak inspiracje szły w przeciwnym kierunku.

Ich własny styl

Ambicją Hiroshiego Okawy, który w latach 50. piastował stanowisko szefa wytwórni Toei, było stworzenie medialnego imperium produkującego filmy animowane – oczywiście na wzór Disneya. Firma niezwłocznie zabrała się do roboty i zaczęła osiągać sukcesy. Jej „Shōnen Sarutobi Sasuke” z 1959 r. stało się pierwszym anime dystrybuowanym w kinach na terenie USA.

W latach 60. Toei zainteresowało się rynkiem telewizyjnym i wypuściło szereg przebojowych seriali. Tym samym japońska animacja stanęła na pewnym gruncie. Zaczęło się formować oparte na niej medialne imperium, pełne charakterystycznych tropów, takich jak wielkie roboty.

Jeśli rozsypałbyś na podłodze płyty z japońskimi filmami i serialami animowanymi, a następnie wybrał kilka z nich z zamkniętymi oczami, prawdopodobnie trafiłbyś na produkcję, w której kluczową rolę grają wielkie roboty. Szał na nie (trwający do dziś) rozpoczął się w latach 70. Wtedy to powstały takie produkcje, jak „Mazinger Z”, „Getter Robo” czy „Gundam”, a umysłami Japończyków zawładnęła wizja potężnych maszyn demolujących miasta, ogromne potwory i siebie nawzajem.

Azjaci trafili na żyłę złota. W kolejnych latach wielkie roboty stały się ich towarem eksportowym. Macross, Neon Genesis Evangelion, Escaflowne czy Patlabor stały się markami o zasięgu międzynarodowym. Nikomu nie trzeba też przedstawiać Transformerów.

Słynne zmiennokształtne maszyny powstały co prawda na zlecenie amerykańskiego Hasbro, lecz kreskówkę produkowano w Japonii. Była ona reklamą linii zabawkowych modeli wyselekcjonowanych spośród dostępnych na japońskim rynku zabawek z serii Diaclone i Microman.

Z czasem wykształciło się wiele podgatunków anime, takich jak anime o tematyce sportowej, historycznej, szkolnej, samurajskiej czy wampirycznej. W samej Japonii popularnością cieszyły się (i nadal cieszą) gatunki bardzo specyficzne, takie jak josei (realistyczne historie obyczajowe dla kobiet), bishounen (opowieści o pięknych mężczyznach, bogate w podteksty homoseksualne) czy ecchi (lekkie komedie o zabarwieniu erotycznym).

Tanio i dobrze

Co jakiś czas Azjatom udawało się wyprodukować międzynarodowy hit, który stawał się wręcz zjawiskiem popkultury. Tak było w przypadku kreskówki „Dragon Ball” (1984), filmów kinowych „Akira” (1988) i „Ghost in the Shell” (1996), opartego na grze serialu „Pokemon” (1997) czy wielu animacji kultowego studia Ghibli. Wszystkie te produkcje wyglądają co najmniej dobrze, jeśli nie znakomicie; wszystkie też były niezbyt kosztowne w realizacji. To kolejna charakterystyczna cecha anime.

Przełomem w animacji zachodniej było zastosowanie przez duet Hanna-Barbera tzw. limited animation: zamiennych elementów postaci i powtarzalnych teł. Przykładowo: w kilku kolejnych kadrach tułów postaci pozostawał nieruchomy, a zatem był tym samym rysunkiem, animatorzy podmieniali zaś jedyny ruchomy element obrazu, czyli głowę (albo i same usta postaci). Zabiegi te przyspieszały proces animacji i obniżały jej koszty.

Azjaci posunęli się o krok dalej. Zamiast podmieniać elementy kadru, filmowali statyczny rysunek – najczęściej robiąc delikatne zbliżenie lub niespieszną panoramę. Jeżeli na pierwszym planie widoczna była nieruchoma postać, dynamikę całości nadawało tło, mające tylko kilka klatek animacji – była to zwykle mieszanina mrugających kolorów.

Anime gifKilka sekund animacji realizowano w czasie i za cenę dosłownie jednego czy dwóch kadrów kompleksowej animacji tradycyjnej, ale w przeciwieństwie do Amerykanów Azjaci cięli budżet sprytnie. Dzięki temu ich filmy były stosunkowo tanie, ale wyglądały wprost fenomenalnie. Powolnie przesuwane statyczne kadry są szczegółowe, kolorowe i pełne życia.

Skutki? Produkcja „Akiry” – przepięknego filmu, który ustanowił w Japonii nowy rekord budżetu dla filmu animowanego – pochłonęła równowartość 8,5 miliona dolarów. Wydana rok później amerykańska „Mała syrenka” kosztowała 40 milionów.

Tylko patrzeć

Do Polski anime dotarło wraz z Pszczółką Mają, ale na dobrą sprawę świadomość istnienia takiej gałęzi animacji przyszła wraz z telewizją kablową i satelitarną. Duży udział w rozpowszechnianiu azjatyckiej sztuki miała zapomniana już telewizja Polonia 1. To dzięki niej zobaczyliśmy „Generała Daimosa”, „Yattamana”, „Kapitana Jastrzębia” czy „W królestwie kalendarza”.

Później pojawiła się stacja RTL7 z kultowym „Dragon Ballem”, Polsat z „Czarodziejką z Księżyca” i „Pokemonami” – i anime nie było już mało znaną niszą. Powstały firmy specjalizujące się w dystrybucji azjatyckich animacji, a na rynek trafiły nawet filmy i seriale o stosunkowo niewielkim potencjale komercyjnym.

Dziś nic nie stoi na przeszkodzie, abyśmy swobodnie zapoznawali się z dokonaniami Azjatów. Na pewno warto to zrobić, Japończycy bowiem jak mało kto mają wyczucie stylu i wiedzą, jak efektownie wykorzystać każdy grosz budżetu.

Jeśli nie jesteś przekonany do anime; jeśli uważasz na przykład, że to wielkookie bzdury dla dużych dzieci, najwyraźniej nie zadałeś sobie trudu zapoznania się z tą gałęzią sztuki. Jak bowiem pisaliśmy na początku – anime to nie gatunek. W jego ramach znajdziesz utwory mniej i bardziej poważne czy realistyczne.

Wśród nich na pewno wyszperasz coś dla siebie.

  • czytelnik

    ciekawy artykuł :)
    pozwolę sobie rzucić linkiem do strony, gdzie powyższe tytuły i wiele innych znajdziecie http://www.anime-shinden.info

    ja od siebie polecam neon-genesis (odnowioną wersje, 720p), bleech, attack on titan (raczej 1080p wiadomo gdzie :P ), Hellsing, Gundam 0 (00) – cudne bajki :)

    ps: jest aplikacja na androida (ios’a nie mam wiec nie wiem czy tam tez jest) wiec mozna ogladac w wolnym czasie (if you know what i mean :P )

    aa i jeszcze dodam, ze jestem wielkim fanem ale odradzam ogladania wszystkiego, bo niektore “ryja banie” i lepiej chyba unikac takich tytulow

    ps2: latajacy dom hauru – to jest najwieksze gowno na swiecie, nie wiem czemu ma tak wysokie oceny…

    • Michał

      Ruchomy zamek Hauru?:) Bardzo przyzwoita rzecz, choć do innych filmów Ghibli się nie umywa. Ale mogło być gorzej (Ziemiomorze to udowadnia).

      • http://www.zoonpolitica.blogspot.com/ Luka Wars

        Bo Ziemiomorze popełnił Goro :)

    • Muziasta

      Attack of titan… nie dałam rady obejrzeć, a wszyscy zachwalają… bleach potem się robi nudny, nie polecam, Hellsing ponoć dobry, Gundam – mechy… nope, dziękuję.

      • http://www.zoonpolitica.blogspot.com/ Luka Wars

        Wymieniłeś jedne z bardziej kiczowatych tytułów. Oglądałeś może coś poważnego czy już na podstawie tych bajek dla dzieci wyrobiłeś sobie zdanie o całym przemyśle anime?

    • http://www.zoonpolitica.blogspot.com/ Luka Wars

      Nie oglądam shitdena, odkąd dostałem perma od rozwydrzonego admina. Chłopak już po maturze czy dopiero po testach gimnazjalnych? :)

  • http://www.zoonpolitica.blogspot.com/ Luka Wars

    Na początek – dobry artykuł, przyjemnie się go czyta (nic nowego nie dowiedziałem się, ale ok). Nie zgodziłbym się jednak, że ”wielkie głowy” są zasługą jednego artysty – to trochę naciągany wniosek.

    PS. Ghost in the Shell wyszedł w 1995 roku.