Z czego oglądał filmy Al Bundy? Beta i inne zapomniane formaty

Jeśli chcesz obejrzeć najnowszą część “Transformers”, wybierasz kino, telewizję, streaming online albo płytę DVD/Blu-ray. Proste, prawda? Choć z punktu widzenia odbiorcy model dystrybucji filmów wydaje się zrozumiały, w branży wideo przez dekady toczyła się chaotyczna wojna formatów. Przetrwały najpopularniejsze, a reszta zginęła w pomroce dziejów. Wspomnijmy poległych.

Prosto z taśmy

W latach 60. rozkwitł rynek kamer do użytku domowego. Jeśli żyłeś w cywilizowanym kraju i chciałeś pobawić się w reżysera albo uwiecznić pierwsze urodziny córki, kupowałeś Zoomatica czy Shibadena HV-50 i cieszyłeś się możliwościami iście kosmicznej technologii. Oczywiście należało jeszcze sprawdzić kompatybilność sprzętu z dostępnymi taśmami – prawie każdy producent miał firmowy format, i choć wiele z nich można było wykorzystywać zamiennie, to nawet taśmy o takiej samej szerokości nie zawsze współgrały z teoretycznie obsługującymi je kamerami czy odtwarzaczami.

To jednak szczegóły, w które nie będziemy się zagłębiać. Rynek urządzeń do rejestracji wideo w samych tylko Stanach Zjednoczonych był bowiem bardzo rozbudowany; w Internecie można znaleźć strony poświęcone setkom dostępnych niegdyś kamer, taśm, projektorów czy odtwarzaczy. Znacznie ciekawsza, a przy tym mniej chaotyczna była wojna formatów, za pośrednictwem których dystrybuowano filmy i seriale.

Pierwsze próby rozkręcenia domowej dystrybucji nastąpiły w końcówce lat 60. Do tego czasu filmy można było oglądać wyłącznie w kinie lub telewizji; ich kolekcjonowanie nie wchodziło w grę. Dopiero popularność formatu 8 mm (na którym swoje pierwsze filmy kręcił w ogródku m.in. Steven Spielberg) skłoniła studia do wypuszczania skróconych wersji kinowych hitów. Dlaczego skróconych? Ponieważ niezależnie od odmiany 8-milimetrowego standardu – Regular, Super 8, Single 8 czy Straight 8 – długość taśmy była ograniczona.

Najpopularniejsze szpule umożliwiały zapis 8 minut udźwiękowionego filmu wyświetlanego w kinowej prędkości 24 kl./s. Nawet największe, najdroższe i najrzadsze szpule były w stanie pomieścić zaledwie 33 minuty udźwiękowionego filmu na 250 metrach taśmy. Tego problemu nie dało się po prostu obejść, dlatego na kino domowe z prawdziwego zdarzenia miłośnicy filmu mieli jeszcze trochę poczekać.

 40 lat przed Szeregowcem Ryanem

Kaseta kasecie nierówna

Rewolucję w dziedzinie domowej dystrybucji wideo przyniosły urządzenia VCR (Video Cassette Recording), czyli dobrze znane i u nas magnetowidy. Pierwszym VCR-em w historii był japoński U-matic z 1971 r., który – choć stworzony z myślą o domowym użytku – poległ komercyjnie ze względu na kosmiczne ceny sprzętu oraz kaset. Format znalazł jednak swoją niszę w instytucjach i korporacjach, które wykorzystywały U-matic do prezentacji biznesowych czy odtwarzania szkoleniowych filmów.

Pierwszym amerykańskim VCR-em był Cartrivision, który pojawił się w sklepach w roku 1972. Wraz z odtwarzaczem do sklepów trafiło 110 filmów na nośnikach zwanych kartridżami, które mieściły taśmę magnetyczną nawiniętą na dwie szpule. Na próżno szukać w tym zbiorze hollywoodzkich hitów, te bowiem były dostępne jedynie w wypożyczalniach. Mimo dobrych założeń i wsparcia wytwórni Cartrivision nie odniósł sukcesu – przeszkodziła mu nieprzyzwoicie wysoka cena (1600 ówczesnych dolarów, czyli niemal 30 000 dzisiejszych złotych!) i niewielki katalog dostępnych filmów. Wiele szkód wyrządził także błąd fabryczny, który sprawił, że prawie wszystkie taśmy przygotowane na uroczystą ogólnokrajową premierę sprzętu zaczęły się przedwcześnie rozkładać, grożąc uszkodzeniem głowicy podczas odtwarzania.

W roku 1975 uwaga kinomanów skupiła się na nowym formacie, zwanym Betamax. Był to standard zapewniający wysoką jakość obrazu, ale mający ograniczenia podobne do Super 8 – standardowa kaseta mieściła zaledwie godzinę nagrania. Rok po Becie pojawił się VHS, wykorzystujący kasety wideo w postaci znanej Polakom. Rozpoczęło to słynną wojnę formatów. Dwa standardy konkurowały do roku 1988, kiedy to maksymalnie trzygodzinny czas nagrań, niższe koszty produkcji i szeroka dostępność VHS-ów zepchnęły Betamax na rynkowy margines. System stał się synonimem porażki – w popkulturze korzystali z niego tylko tacy nieudacznicy jak Al Bundy.

Popularna plotka głosi, że konkurencję formatów zakończył przemysł pornograficzny, który zaprzyjaźnił się z VHS-em, a całkowicie zignorował Betę. Najprawdopodobniej jest to jednak miejska legenda, ponieważ nie przeprowadzono żadnego badania wpływu erotyki na sprzedaż poszczególnych odtwarzaczy. Co ciekawe, wąskie grono miłośników Bety utrzymywało sprzęt przy życiu przez długie lata. Ostatni magnetowid zjechał z taśmy produkcyjnej dopiero w roku 2002.

Gdzieś pomiędzy VHS-em a Betą swojego miejsca szukał format Video 2000, wprowadzony na rynek w roku 1979. Choć zapewniał lepszą jakość obrazu i dźwięku niż VHS czy Beta, nigdy nie zagroził swoim konkurentom. Potencjalnych odbiorców zniechęcił fakt, że nie wszystkie odtwarzacze były kompatybilne ze wszystkimi taśmami – różnice konstrukcyjne powodowały np. kłopoty z odtwarzaniem dźwięku z kaset starszych generacji. Największym problemem V2000 była jednak zbyt późna premiera. W 1979 r. odtwarzacze zadomowiły się już w pokojach gościnnych i mało kto chciał wówczas przerzucać się na nowy, niesprawdzony sprzęt.

Płyta przeciwko kasecie

Jeśli myślisz, że era filmów odtwarzanych z płyt nadeszła dopiero z formatem DVD, jesteś w błędzie. Popularny wśród kolekcjonerów, choć w Polsce praktycznie nieznany, Laserdisc został wynaleziony już w 1958 roku.

Choć z wyglądu płyta przypomina CD, dane przechowywane są na niej w formie analogowej. Pierwszy film na laserowym dysku wydano w roku 1978 – były to „Szczęki” Spielberga. W porównaniu z VHS format zapewniał lepszą jakość dźwięku i obrazu, a nośnik był trwalszy. Przy ostatniej z zalet należy jednak postawić gwiazdkę: płyta LD, choć może wytrzymać długie dekady, jest bardzo podatna na uniemożliwiające jej odczyt zarysowania. Ostatecznie laserdiski nie zdobyły popularności – także ze względu na duże rozmiary i fakt, że odtwarzacze, w przeciwieństwie do VCR-ów, nie umożliwiały nagrywania sygnału telewizyjnego. Mimo wszystko LD zapisał się w historii domowego kina, ponieważ to na tym nośniku po raz pierwszy wydano kinowe hity z oryginalnymi proporcjami obrazu, czyli w tzw. widescreenie.

Laserdisc nie miał łatwego życia: konkurowały z nim Betamax, Video 2000 i VHS (nie wspominając o późniejszym nadejściu DVD). Z boku próbował go podgryzać także Video CD, nazywany „odpowiedzią na modlitwy piratów filmowych”. Choć szalejące na rynku VCD piractwo sprawiło, że wytwórnie filmowe trzymały się z dala od tego formatu, przetrwał on do dziś. Jego zaletą jest niska cena, choć w parze z nią idzie niska jakość obrazu i dźwięku.

Do poległych, ale obiecujących formatów można zaliczyć D-VHS, czyli cyfrowe taśmy wideo umożliwiające zapis obrazu zarówno w standardowej, jak i w wysokiej rozdzielczości, wprowadzone na rynek już w 1998 roku. Stanowiły one pierwszy krok w stronę dystrybucji filmów w HD – niestety, wyprzedziły swoją epokę. Nowa era obrazu nadeszła dopiero w roku 2006.

Stare dzieje w nowym HD

hd dvd

Wraz z rozpowszechnianiem się telewizorów wysokiej rozdzielczości rozgorzała druga wielka wojna formatów. W 2006 r. na polu walki stanęły HD-DVD i Blu-ray: oba o porównywalnej jakości i ogromnym potencjale. Jedyną wyraźną wadą HD-DVD była mniejsza pojemność dysków, ale nawet najwięksi specjaliści w owym czasie uważali ją za wystarczającą – to właśnie ten format otrzymał wsparcie od ustalającej standardy w branży audiowizualnej organizacji DVD Forum.

Wbrew oczekiwaniom Blu-ray odnosił sukces za sukcesem: sprzedaż odtwarzaczy utrzymywała się na wysokim poziomie dzięki implementacji czytnika w konsoli PS3. To posunięcie z kolei napędziło sprzedaż dysków. Wkrótce największa w Stanach sieć wypożyczalni wideo Blockbuster zrezygnowała z HD-DVD na rzecz Blu-ray; format poparło zresztą wiele wytwórni filmowych. Kiedy wyłączność niebieskim dyskom zapewnił handlowy gigant Wal-Mart, walka była skończona. HD-DVD – choć tańsze i równie dobre – wycofano z produkcji.

Oczywiście to nie wszystko; poległych formatów było znacznie więcej. Aby nie nadużyć Waszej cierpliwości, pominąłem S-VHS, W-VHS, SuperBetę czy VCR LP. W przyszłości zapewne doczekamy się wielu innych standardów, które pojawią się i znikną niezauważone – kolejna fala może nadejść wraz z rozdzielczością 4K. Niestety, mamy w zwyczaju pamiętać tylko o najpopularniejszych technologiach, choć nie zawsze są one najlepsze. Czasem warto przypomnieć sobie, jak duży potencjał zmarnował się wraz z rozwiązaniami, które nie spotkały się z publiczną akceptacją.

Autorem tekstu jest Michał Puczyński

Kategoria posta: TV/Audio/Video

Tagi: Al Bundy, betamax, formaty wideo, HD DVD, VHS

  • JaczHasiek

    Ja mam w piwnicy jeszcze pełno kaset VHS, pytanie tylko czy one ciągle nadają się do użytku? Powinniśmy się doczekać jakiegoś nowego standardu przechowywania danych dla jakości 4K, myślę, że producenci tacy jak LG, Sony czy Samsung wymyślą swoje standardy dedykowane na swoje sprzęty a potem dopiero będzie praca nad uniwersalnym standardem, żeby nie było sytuacji typu, chce pooglądać Sztos 2 na trzech TV to muszę kupić 3 kopie filmu na różnych nośnikach xD

  • dexi

    Cóż za ubogi artykuł. Nie dało się napisać czegoś więcej o “zapomnianych” formatach? Przecież naprawdę można było napisać coś na temat technologii zapisu obrazu i dźwięku w tych formatach, porównać je z dzisiejszymi, itd.

  • lol

    Tragiczny artykuł. Ani słowa o Sony, Philipsie, Pioneerze, brak wzmianki o DVD+R i DVD-R, o kompatybilności HD-DVD z formatem DVD. Puczyński odwalił robotę byle jak.

  • Someone

    Fajnie się czytało , dzięki za info ^^