Wybuchał czy nie? Fakty i mity o Rubinie

Telewizor Rubin to już legenda – i tak jak w przypadku innych legend historie o nim łączą fakty z garścią mitów. Oddzielmy pierwsze od drugich.

Radziecki telewizor znany jako „zemsta Stalina”, o ekranie tak grubym, że niemal niezniszczalnym. Nagrzewający się tak mocno, że w zimie może zastąpić kaloryfer. W ekstremalnych przypadkach eksplodujący, a przynajmniej stający w ogniu. Ile w tym prawdy? Czy Rubiny rzeczywiście powinniśmy stawiać obok okna, żeby w razie potrzeby szybko je przez nie wyrzucić?

Fakty…

Telewizory marki Rubin zaczęto produkować w fabryce nieopodal Moskwy w roku 1956. Odbiornik był stosunkowo tani i działał przez większość czasu prawidłowo, szybko więc stał się światowym przebojem. Eksportowano go z ZSRR do 65 krajów. W Polsce zasłynęły kolorowe modele wyprodukowane w latach 70., wprowadzone do obiegu po rozpoczęciu nadawania programu TVP w kolorze w roku 1971.

Rubin, jaki znamy, był potężnym sprzętem – głównie w kategoriach wagowych, ważył bowiem ponad 57 kg. Wniesienie go na dowolne piętro bloku z wielkiej płyty wymagało albo krzepy, albo pomocy sąsiada. Telewizor działał w wynalezionym przez Francuzów systemie SECAM, czyli pierwszym europejskim systemie telewizji kolorowej. Miał 24-calowy ekran, wyświetlał 625 poziomych linii i charakteryzował się bardzo dużym poborem mocy.

Wczesna technologia kolorowej telewizji nie była idealna, toteż odwzorowanie kolorów przychodziło Rubinowi z trudem. Choć nie przysparzał on większych kłopotów ze zniekształceniami obrazu (innymi niż te „naturalne”, powodowane przez zaokrąglony ekran) czy utratą barw, to system SECAM miał tendencję do wyostrzania kolorów na konturach. Jako że w oczy rzucała się zwłaszcza jaskrawa czerwień, złośliwi twierdzili, że wada technologiczna nie była wadą, lecz cechą wprowadzoną celowo przez komunistów.

Czy w Rubinie nie było ani odrobiny dobra? Nic podobnego. Radziecki telewizor miał zaletę, której nikt nie mógł zakwestionować. Dźwięk: czysty, głęboki i donośny.

…i mity?

Czy radzieckie telewizory wybuchały? Jeśli już, zdarzało się, że stawały w ogniu. Wadliwe były zwłaszcza modele wytwarzane w Polsce, w Warszawskich Zakładach Telewizyjnych, na licencji zakładów Rubin. Do ich produkcji wykorzystywano komponenty gorsze od radzieckich odpowiedników. Często sprowadzano je od zewnętrznych producentów ze względu na braki czy opóźnienia w dostawach. Nie znaczy to, że telewizory wytwarzane w Rosji nie groziły awarią czy wręcz samozapłonem.

Choć teorii na temat przyczyn pożarów jest wiele, winą najczęściej obarcza się wykorzystane przy produkcji Rubinów papierowe laminaty, które zwęglały się pod wpływem temperatury. Do pożarów przyczyniali się również sami właściciele, którzy w celach estetycznych, z wątpliwym skutkiem, nakrywali odbiorniki serwetami albo wstawiali je do ciasnych wnęk w meblościankach, niekiedy dopasowując je wręcz na styk. W rezultacie telewizor nie miał zapewnionej prawidłowej wentylacji, przegrzewał się i zapalał. Nawet jakiś czas po wyłączeniu.

W rzeczywistości kiepsko wykonanych czy źle zaprojektowanych komponentów było bardzo wiele – tanie transformatory i gniazdka, zbyt blisko rozmieszczone styki, grzejące się przewody powiązane w grube pęki… Ot, radziecka myśl techniczna. Awariom podzespołów niekiedy towarzyszyły efekty specjalne, takie jak smród zgnilizny czy głośny huk.

Jeśli wierzyć opowieściom, dochodziło również do eksplozji kineskopów. Teoretycznie wybuchnąć mogą nie tylko Rubiny, ale wszystkie odbiorniki kineskopowe, jednak takie zdarzenia są niezwykle rzadkie. Prawdopodobnie były one bardzo rzadkie również w przypadku telewizorów spod Moskwy, ale ponieważ awaryjność Rubinów stała się legendarna, do listy wad i zagrożeń chętnie dopisano tendencję do wybuchania. Prawdą jest jednak to, że kineskopy niektórych modeli Rubinów nie miały długiej żywotności.

Klejnot telewizji

Czy Rubin to telewizor godny pożałowania? Technologiczna wpadka, z której możemy się tylko śmiać? Wbrew pozorom cudowi techniki z ZSRR zawdzięczamy bardzo wiele. To dzięki niemu Polacy żyjący w ponurym socjalizmie mogli zasmakować kolorowej telewizji. Za sprawą radzieckiego telewizora nie stała się ona dobrem luksusowym, dostępnym tylko dla wąskiego grona odbiorców. Nic dziwnego, że choć starsze pokolenia śmieją się z Rubinów, to wspominają je często i z nieukrywaną przyjemnością.

Wciąż można znaleźć działające Rubiny sprzed kilkudziesięciu lat – zwykle naprawione przez kolekcjonerów, wykorzystywane jako stylowe dekoracje. Chcecie kupić nowy egzemplarz? To też nie powinno być problemem. Marka nie umarła, ale sprzęty produkowane dziś pod tą nazwą mają niewiele wspólnego z klasycznym, ciężkim jak diabli, wadliwym i na swój sposób uroczym klejnotem telewizji.

Kategoria posta: Telewizory

  • wlodomur

    miałem rosyjski,ale to nie był Rubin,gabaryty takie same,mnóstwo z tyłu pokręteł,wtedy był już drugi program,dwie anteny,jedna wielgaśna,z tyłu były wejścia dla tych anten,czy był lepszy od Rubina,chyba taki sam,choć nowszy

  • gość

    W zasadzie to w ZSRR był jeden typ telewizora. Różne były tylko marki. Ja np. miałem Rubina 202, ale widziałem w Polsce w ZSRR identyczne odbiorniki pod nazwami Elektron, Temp, Witjaz, Sadko.