„Siedząca komedia”, czyli kilka słów o sitcomach

Sitcom to od dziesięcioleci jeden z najpopularniejszych gatunków telewizyjnych. Jak powstał, jak się rozwijał i dlaczego jego nazwa oznacza coś innego, niż sądzisz?

Kanapowy humor

Wielu widzów sądzi, że sitcom to serial komediowy kręcony w studio, najczęściej przy udziale publiczności; taki, którego bohaterowie głównie siedzą (od słowa „sit”). Choć sporo sitcomów jest realizowanych właśnie w ten sposób, to nie na tym one polegają ani nie stąd wzięła się ich nazwa. Sitcom to nie komedia siedząca, tylko sytuacyjna (situational comedy). To znaczy, że jest oparta na sytuacjach – w przeciwieństwie np. do rozbawiającego ruchem i dynamiką slapsticku.

Sitcom to nie skecz. W odróżnieniu od niego ma podbudowę w postaci całkiem złożonych bohaterów i tła fabularnego, ale sednem gatunku są dziwne, niespodziewane sytuacje, w których nagle znajdują się bohaterowie. Elementem humorystycznym są ich reakcje na zwroty akcji, konflikty czy zbiegi okoliczności.

Mówiąc prościej: w jednym odcinku Ferdek Kiepski może mieć plan na zarobienie grubych pieniędzy, a w drugim jego mieszkanie mogą odwiedzić kosmici. Na końcu epizodu zwykle wraca status quo, a ciągnąca się linia fabularna spajająca cały sezon albo jest bardzo wątła, albo wręcz nie istnieje. Miejsce akcji się nie zmienia: jest to jedno najważniejsze pomieszczenie i maksymalnie kilka miejsc dodatkowych.

Wbrew pozorom czasem nie tak łatwo stwierdzić, czy serial jest sitcomem. Telewizja jest eklektyczna, a gatunki często się przenikają. Niekiedy nie ma z tym problemów: „Alf”, „Hoży doktorzy”, a nawet „Simpsonowie” idealnie wpisują się w definicję sitcomu. W każdym odcinku bohaterowie są rzucani w nowe sytuacje.

Wątpliwości można mieć jednak przy klasyfikacji komediodramatu „M.A.S.H.” lub „Allo Allo”, który z odcinka na odcinek niespiesznie, lecz zdecydowanie popychał do przodu większą i bardziej skomplikowaną fabułę. W obu produkcjach ogromną rolę odgrywały jednak i humor, i kłopotliwe, nieoczekiwane sytuacje. A zatem… sitcom czy nie sitcom? Wybór należy do Was.

Jak to się zaczęło

Komedia sytuacyjna istnieje praktycznie od zawsze – zawsze bowiem tworzono utwory komediowe oparte na zaskakujących sytuacjach. Sitcom w formie serialu trafił do telewizji już w samych początkach istnienia tego medium.

W krajach anglojęzycznych, w których telewizja rozwijała się najwcześniej i najszybciej, popularnością cieszyły się programy z niepowiązanymi fabularnie skeczami i numerami muzycznymi, których siłą napędową była jedna osoba. Mowa o takich produkcjach, jak „The Donald O’Connor Show” czy „The Doodles Weaver Show”. Kręcono je, podobnie jak sitcomy, w niewielkim, skromnie udekorowanym studiu. Z bardzo prostego powodu.

Ówczesne kamery telewizyjne były wielkie, ciężkie i nieporęczne, więc siłą rzeczy narzuciły serialom komediowym „mieszkaniowy” styl. Aby zaoszczędzić pieniądze i przyspieszyć realizację, wykorzystywano jeden plan i trzy kamery: gdy jedna kręciła, pozostałe były przygotowywane do kolejnych ujęć (np. zmiana soczewek). Produkcja szła szybko i gładko.

Czas sitcomów

Dwa seriale ukształtowały oblicze sitcomów na nadchodzące dekady. Były to „The Honeymooners” z lat 1955-56 i „I Love Lucy” (1951-57), które doczekały się polskich adaptacji w postaci „Miodowych lat” i „Kocham Klarę”. To w nich wykrystalizowały się niepisane zasady gatunku.

Ustanowiono jedno główne miejsce akcji, w którym spotykały się postaci, takie jak kuchnia czy pokój gościnny. Wycieczki na inne plany odbywały się dość rzadko. Zdecydowano, że choć sitcom może nieść jakieś pozytywne przesłanie czy naukę, to bohaterowie nie mogą przeżywać kryzysów – nie mogą się kłócić, rozwodzić, ciężko chorować, tracić pracy czy zmieniać partnerów. Spory wpływ na to miał zresztą kodeks Haysa i inne metody cenzury mediów, o których pisaliśmy jakiś czas temu.

Wprowadzono tzw. running gags, czyli powracające motywy komediowe, np. zabawne hasło wykorzystywane przez bohatera w każdym odcinku. Sitcomy zaczęły też korzystać z cliffhangerów. Były to odcinki kończące sezon, ucinające akcję w najciekawszym momencie, aby skłonić widzów do powrotu w nowy.

Cotygodniowy cykl emisji również zawdzięczamy najwcześniejszym sitcomom. Odgrywano i emitowano je na żywo, a tydzień okazał się najkrótszym okresem, jakiego potrzebowali aktorzy na nauczenie się tekstu i wykonanie kilku prób przed emisją.

Czas na zmiany

Sitcomy, choć się rozwijały (dodawano np. więcej niż jedno miejsce akcji), pozostawały gatunkiem skostniałym. Do lat 70. większość z nich pokazywała perypetie rodzin w miejscu zamieszkania. Już w latach 60. zaczęły pojawiać się jednak odstępstwa od normy: „Rodzina Addamsów” i podobni do niej „The Munsters” wprowadziły do sitcomów elementy fantastyczne i efekty specjalne. Z czasem coraz częściej zaczęły pojawiać się seriale opowiadające o współlokatorach, przyjaciołach czy perypetiach pracowników w miejscu zatrudnienia.

W latach 80. popularność zyskały sitcomy napędzane blaskiem gwiazd innych gatunków komedii, takich jak Bill Cosby czy Roseanne Barr. Trend ten rozwinął się w latach 90. i później; własnymi serialami mogli pochwalić się Jerry Seinfeld, Ray Romano, Tim Allen, bracia Wayans czy Louis C.K.

Końcówka XX wieku to apogeum popularności sitcomów: wtedy to triumfy święciły „Kroniki Seinfelda”, według Celebrity Networth najlepiej zarabiający sitcom w historii (którego finał oglądało ponad 76 milionów widzów!), czy przebojowi „Przyjaciele”.

W tamtym okresie powstał też pierwszy polski sitcom zrealizowany według standardów amerykańskich, czyli „13 posterunek” z lat 1997-98. Produkcja Macieja Ślesickiego pociągnęła za sobą mnóstwo naśladowców. Większość z nich powstała na zagranicznej licencji („Miodowe lata”, „Lokatorzy”, „Camera Cafe”, „Kocham Klarę”, „Niania”) albo przynajmniej te licencje naśladowała („Świat według Kiepskich”, „Daleko od noszy”).

Gasnąca gwiazda?

Obecnie gwiazda sitcomów jakby przygasła. Zakończyła się hitowa seria „Jak poznałem waszą matkę”, która zresztą miarowo traciła fanów. Oglądalność „Dwóch i pół” też słabnie – obecnie jest o trzy miliony widzów niższa niż w pierwszych sezonach. „Family Guy” wydaje się ciągnąć ostatkiem sił (oglądalność na poziomie pięciu milionów przy 22 milionach w pierwszym sezonie), podobnie zresztą jak „Simpsonowie”. Lepiej niż kiedykolwiek trzyma się za to „Teoria wielkiego podrywu”.

Nie sposób nie odnieść wrażenia, że sitcomom brakuje nowych gwiazd; choć jednej ikonicznej produkcji na miarę „Seinfelda” czy „Przyjaciół”, której emisja rozpoczęłaby się po roku 2010. Wydaje się, że stacje telewizyjne skupiły się na bardziej ambitnych, większych i droższych projektach. Miłośnicy komedii sytuacyjnej nie mają jednak powodów do zmartwień.

Wskaźniki oglądalności nawet największych „poważnych” hitów, takich jak „Breaking Bad” czy „House of Cards”, nie mogą równać się z wynikami najlepszych sitcomów. Dlatego możecie być pewni, że „siedząca komedia” jeszcze przez długi czas będzie gościła na telewizyjnych ekranach.

 

  • greg

    najbardziej to smieszy polskie urozmaicanie anglojezycznych sitcomow polskimi tekstami. I Nie mam na mysli idiomow a normalny tekst ktory potrafi obrocic znaczenie pierwowzoru o 180*