Płynny ruch, stabilny obraz i inne rzeczy, które zawdzięczamy steadicamowi

Garrett Brown używa własnego wynalazku na planie Lśnienia

Słynne długie ujęcia z “Chłopców z ferajny” czy “Lśnienia”. Stabilny obraz w scenach akcji oraz pomysłowych scenach dialogowych. Dynamiczna kamera w serialach i programach telewizyjnych. Osiągnięcie tych efektów stało się możliwe dzięki steadicamowi.

Martin Scorsese zapisał się w historii kina nie tylko dzięki świetnym i trzymającym w napięciu filmom, ale również dzięki scenom zaaranżowanym w niezapomniany sposób. Pamiętna wizyta w restauracji w „Chłopcach z ferajny” do dziś robi ogromne wrażenie, ponieważ jest długą, skomplikowaną, pełną aktorów i statystów sekwencją, nakręconą w jednym ujęciu. Połączenie pięknego kadrowania z płynnym, swobodnym ruchem kamery nie byłoby możliwe, gdyby nie przełom, jaki zawdzięczamy steadicamowi.

“Chłopcy z ferajny”

Potrzeba matką wynalazku

Steadicam wynalazł operator Garrett Brown, który miał dość długotrwałego przygotowywania się do ujęć z ruchomą kamerą. Musiała ona bowiem zostać rozłożona na wózku, który trafiał następnie na skonstruowany do danego ujęcia tor, po którym cała ciężka konstrukcja była poruszana siłą ludzkich mięśni. Rozwiązanie to, nazywane „dolly”, stosuje się do dziś ze względu na dużą precyzję oraz wierność w powtarzaniu ujęć, lecz jest ono czasochłonne i kosztowne. Brown potrzebował sprzętu, który byłby bardziej mobilny, tańszy w użyciu, a przy tym dawał operatorowi większe pole do improwizacji.

- Uwielbiałem zdjęcia z ręki, ale nienawidziłem związanej z nimi trzęsawki – zdradził Brown w wywiadzie dotyczącym produkcji filmu „Rocky”. – Traktuję obraz uchwycony przez kamerę jak widok z okna. Tak jak w przypadku okna, rama nie może się poruszać.

Rysunek z dokumentu patentowego

Brown zaczął więc szukać rozwiązania, które oddzieliłoby kamerę od człowieka. Operator powinien móc się poruszać, a jednocześnie poruszać kamerą – ale jeden ruch nie powinien być zależny od drugiego. Innymi słowy: ruch kamery powinien być decyzją artystyczną całkiem oderwaną od ruchu operatora. Nieosiągalne? Tak się tylko wydaje.

Steadicam, czyli stabilna kamera

W swej pierwszej inkarnacji steadicam – wtedy jeszcze zwany po prostu „stabilizatorem Browna” – wyglądał dość surowo. Był uprzężą montowaną na ramieniu, której towarzyszyła opaska na czoło z okularem połączonym przewodem optycznym ze sledem, czyli trzymanym w ręku elementem, na którym montuje się kamerę oraz przeciwwagę. Okular służył do obserwowania filmowanego obrazu; bez niego obraz byłby stabilny, ale operator musiałby kręcić „w ciemno”. Ramię stabilizatora, łączące sled z uprzężą za pośrednictwem gimbala (łącznika umożliwiającego obrót podtrzymywanego przedmiotu w każdym kierunku), absorbowało wstrząsy.

Rozwiązanie było proste, ale genialne. Operator miał niemalże pełną swobodę ruchów, a nagrywany obraz pozbawiony był nagłych wstrząsów. Zdjęcia wykonane steadicamem od rozedrganych zdjęć z ręki – jednej z większych bolączek reżyserów filmowych – różniła jakościowa przepaść.

Kilka steadicamowych ujęć nakręconych przez Browna

Dziś steadicam to urządzenie o wiele bardziej złożone. Brown szybko wyposażył je w wygodny monitor do podglądu obrazu, zaś z czasem doszło m.in. elektroniczne wspomaganie sterowania i stabilizacji. Choć dzięki wprowadzeniu ulepszeń efekt kręcenia za jego pomocą jest znacznie lepszy niż przed trzydziestoma laty, to podstawa działania uprzęży pozostaje niezmienna.

Pewnym krokiem

Pierwszym filmem wykorzystującym steadicam był „By nie pełzać na kolanach” (Bound for Glory) z 1976 r. Dzięki wynalazkowi Browna możliwe było zrealizowanie efektownego ujęcia, w którym kamera zjeżdża z dużej wysokości i zaczyna podążać wąską uliczką za bohaterem. Zrealizowano je, podnosząc operatora na wysięgniku, a następnie opuszczając go – dzięki steadicamowi mógł zejść z platformy i iść za aktorem. Wówczas w kinie była to nowa jakość, zaskakująca tak widzów, jak i profesjonalistów zajmujących się obrazem.

“By nie pełzać na kolanach”

To jednak nie ta produkcja rozsławiła nową technologię. Zrobił to wspomniany już „Rocky”. W filmie, który przyniósł Sylvestrowi Stallone złotą statuetkę Akademii Filmowej, steadicam wykorzystywano przede wszystkim podczas kręcenia scen treningu. Jako że budżet produkcji był niewielki, nie sposób byłoby wykonać równie dobre, stabilne ujęcia w plenerze. Wymagałyby one zbyt kosztownych jak na tak mały film przygotowań. Tymczasem dzięki Brownowi wystarczyło wyjść w teren i zacząć nagrywać.

Do historii kina przeszło ujęcie wbiegania Rocky’ego po schodach prowadzących do Filadelfijskiego Muzeum Sztuki. Co ciekawe, te same schody posłużyły wynalazcy do nakręcenia ujęcia testowego, którym „sprzedał” swoją technologię inwestorom.

“Rocky”

Echa rewolucji

Nie trzeba było czekać długo, by steadicam zmienił kino. Trudno wyobrazić sobie, jak bez niego wyglądałby (lub jak duży miałby budżet) „Maratończyk” albo „Wściekły byk”. Nowe urządzenie pokochał nawet sam Stanley Kubrick, który wykorzystał je do nakręcenia niezapomnianego ujęcia, w którym kamera podąża za małym Dannym Lloydem po korytarzach hotelu Overlook w „Lśnieniu”. Scena ta stała się wręcz ikoniczna; niedawno sparodiowała ją w swej reklamie sieć Ikea.

Brown na planie Lśnienia

Przez lata steadicamu używano zarówno w wielkich produkcjach s-f, takich jak „Kontakt”, „Obcy 3” czy „A.I. Sztuczna inteligencja”, jak i w małych, ambitnych dramatach: „Pulp Fiction”, „Wstyd” czy „Boogie Nights”. Najbardziej efektownym, choć jednocześnie mało znanym przykładem wykorzystania steadicamu jest film „Rosyjska arka”, nakręcony w całości w jednym, trwającym ponad półtorej godziny ujęciu. To niezwykłe dokonanie inscenizacyjne i operatorskie, które od autora zdjęć wymagało niemalże baletmistrzowskiej koordynacji z setkami osób na planie.

“Rosyjska arka”

W polskim kinie steadicam również jest obecny – chętnie korzystał z niego np. Jerzy Hoffman przy realizacji „Ogniem i mieczem” – lecz nie powstało jeszcze ujęcie na miarę „Pokuty” czy jakiegokolwiek z kultowych filmów Scorsese.

Kino to jednak nie wszystko. Stabilizację metodą Browna stosowały produkcje telewizyjne, np. seriale – „Miami Vice”, „Z archiwum X”, „Ostry dyżur” czy „Hoży doktorzy”. Steadicam stał się uwielbiany wśród reżyserów teledysków, a także wykorzystywano go podczas realizacji programów telewizyjnych typu talk show.

W “Boogie Nights” widać inspirację “Chłopcami z ferajny”

Pomysłowe urządzenie sprawiło, że produkcje niskobudżetowe zaczęły wyglądać na droższe niż w rzeczywistości – lub odwrotnie: zyskały „filmowy” wygląd przy niewielkich nakładach pieniężnych. Umożliwiło realizację scen, o których reżyserzy nawet nie marzyli jeszcze w latach 60. Co więcej – nie dość, że przyniosło jedną z najważniejszych zmian w historii kina i telewizji, to do dziś pełni niezmiennie ważną rolę.

A gdyby nie było steadicamu?

Pewnie wykorzystywano by kury.

Kategoria posta: TV/Audio/Video

Tagi: historia, kino, steadicam, telewizja

  • piohabi

    Świetny artykuł!

  • Harry

    Jerzy Wójcik w “Faraonie” nie potrzebował steadicamu, żeby nakręcić taką scenę i to w 1965 roku – obejrzyjcie sobie pierwszą scenę jak Ryszard Ronczewski biegnie przez kilka minut – gdzieś czytałem, że w Hollywood pokazują tą scenę jako wzorcową dla przyszłych operatorów.

    Link do Faraona na Youtube – za darmo na kanale Studia Filmowego Kadr
    https://www.youtube.com/watch?v=iDUgigISy98

    • s0k0l_pl

      w0w! Nie zwróciłem nigdy na to uwagi…