Oglądaj, co zechcesz! Telewizja zmienia się na naszych oczach

Kadr z filmu “Powrót do przyszłości 2″, Universal Pictures

Za oceanem zmiany już nastąpiły. U nas ewolucja przebiega wolniej, ale i tak można ją zobaczyć gołym okiem: telewizja wreszcie przestaje nam dyktować, co mamy oglądać.

Bez kontroli

Przez 50 lat telewizja mogła kojarzyć się ze wszystkim, ale nie z wolnością wyboru. Od samego początku jej program był z góry narzucony i wydawało się, że w tej kwestii nic nie może się zmienić. „Telewizja na życzenie” dla każdego widza, umożliwiająca wybieranie spośród dziesiątek tysięcy filmów i seriali; pozwalająca oglądać je, zatrzymywać czy przewijać w dowolnej chwili, wydawała się projektem zbyt dużym i wymagającym technologicznie. Widz mógł co najwyżej wybrać stację, której poświęci uwagę. O tym, co w niej obejrzy i kiedy, decydował już ktoś inny.

Video-on-demand (VOD) funkcjonowało co prawda w ograniczonym zakresie od lat 80., ale dopiero na przełomie wieków pojawiły się zwiastuny prawdziwej „telewizyjnej wolności”. Jednym z nich było TiVo: urządzenie w Polsce praktycznie nieznane, które na zachodnich rynkach zadebiutowało w roku 1999. Pozwalało ono nagrywać programy na dysk twardy, aby odtworzyć je później, a także cofać lub zatrzymywać w czasie rzeczywistym. TiVo miało też wiele dodatkowych funkcji, np. sugerowanie i pobieranie filmów lub seriali, Główną atrakcją sprzętu pozostawało jednak bezproblemowe, niewymagające fizycznego nośnika nagrywanie. Był to pierwszy krok do oddania widzowi pełnej kontroli nad tym, co ogląda.

Prawdziwa wolność przyszła jednak wraz z szybkim połączeniem sieciowym. Szerokopasmowy Internet sprawił, że filmowe i serialowe piractwo stało się łatwiejsze niż kiedykolwiek, co z czasem wymusiło na telewizjach zmianę strategii. Dziś większość stacji umieszcza swoje seriale i programy w sieci; można je obejrzeć za drobną opłatą, a niekiedy nawet za darmo. HBO wręcz przestało ścigać piratów, uznawszy, że to walka z wiatrakami. Zamiast tego telewizja stworzyła dla nich konkurencję, oferując własne programy online szybko, tanio i w doskonałej jakości.

No dobrze, ale co usługi sieciowe mają wspólnego z telewizją? Dziś – prawie wszystko.

I przyszedł Netflix

Netlix to flagowa amerykańska usługa video-on-demand. Z tradycyjną telewizją Netflix nie ma zbyt wiele wspólnego, ale właśnie dzięki temu stał się symbolem współczesnej telewizji.

„Program” Netflixa nie jest programem jako takim. To po prostu ogromna wideoteka filmów i seriali, stanowiąca rozwinięcie idei przyświecającej firmie w początkach jej istnienia, gdy działała jako wypożyczania płyt DVD z dostawą do domu. W pewnym sensie od tamtego czasu niewiele się zmieniło. Wciąż otrzymujemy zamówiony w Netfliksie film bez ruszania się z miejsca, tyle że nie trafia on do nas na płycie, a w postaci strumienia danych. Netflix nie nadaje bowiem na żadnej telewizyjnej częstotliwości. To usługa online, z której możemy korzystać dzięki telewizorom smart, a także za pomocą np. konsol do gier.

Z czasem Netflix nie tylko dorobił się naśladowców, takich jak Hulu czy Amazon Instant Video, ale też zaczął – jak telewizja z prawdziwego zdarzenia – inwestować we własne seriale. Debiut producencki platformy, czyli serial „House of Cards”, okazał się gigantycznym sukcesem artystycznym i komercyjnym; obecnie trwa produkcja trzeciego sezonu. W międzyczasie Netflix rozpoczął kilka innych projektów, zarówno oryginalnych („Lilyhammer”, „Orange Is the New Black”), jak i bazujących na projektach porzuconych przez inne telewizje (czwarty sezon „Arrested Development”, szósty sezon „Star Wars: Clone Wars”).

Jak dotąd Netflix trafia bez pudła. Oryginalne programy wyprodukowane na jego zamówienie są po prostu dobre, ambitne i często bezkompromisowe, w przeciwieństwie do programów telewizyjnych. Netflix jest bowiem w szczególnej sytuacji: ma wszystkie możliwości kanału TV, a jednocześnie nie musi narzucać sobie ograniczeń znanych z branży telewizyjnej. Brak z góry ustalonego programu nadawania oznacza brak konieczności powstrzymywania się z przekleństwami czy przemocą w paśmie dziennym. Tematyka nie musi być rozwadniana ze względu na młodszego widza. Innymi słowy, w Internecie nie działa cenzura. Dodajmy do tego fakt, że Netflix kusi mistrzów kina (David Fincher, Kevin Spacey) nie tylko budżetem, ale również swobodą twórczą praktycznie nieistniejącą w wielkich sieciach, a otrzymamy przepis na telewizję nowej jakości.

Kiedy w Polsce?

Ominęła nas faza TiVo; Netliksa też (oficjalnie) nie ma, choć co jakiś czas pojawiają się plotki o rychłym dołączeniu Polski do grupy obsługiwanych krajów. Nadal jednak niczego nie potwierdzono, musimy więc zadowolić się alternatywami.

Rodzime usługi video-on-demand istnieją i radzą sobie coraz lepiej, choć do bogactwa oferty i przystępności Netfliksa wiele im jeszcze brakuje. Wszystkie większe stacje telewizyjne oferują usługi VOD. Bez problemu znajdziemy też niezależne usługi z filmami kinowymi dostępnymi od ręki za niewielką opłatą, jednak repertuar takich serwisów jest skromny. Zapełniają go śmieci: produkcje kiepskie, niskobudżetowe, mało znane lub przeznaczone od razu na rynek telewizyjny czy DVD. Brakuje gorących hitów, zaś jeśli takowe już się pojawiają, to z opóźnieniem w stosunku do serwisów zachodnich. Aby znaleźć to, co chcemy, często musimy przeglądać ofertę kilku platform. Nie zawsze znajdziemy film w wersji, której szukamy (kinowa, reżyserska), a wybór pomiędzy napisami lub lektorem zazwyczaj podjęto już za nas.

Podsumowując: nie jest źle, ale zawsze może być lepiej. I będzie lepiej. Najważniejsze, że zmieniła się sama mentalność: włodarze telewizji zrozumieli, czego oczekujemy, i powoli starają się to dostarczać. Nam, widzom, pozostaje cierpliwie czekać. Zmiany dokonują się na naszych oczach.

Kategoria posta: TV/Audio/Video

Tagi: telewizja, tv

Możliwość komentowania jest wyłączona.