Historia teledysku. Kto nagrał pierwszy wideoklip muzyczny?


Nudzisz się, więc siadasz na kanapie i włączasz kanał muzyczny albo YouTube. Bawisz się przy teledysku – tym wyjątkowym dziecku telewizji – biorąc go za pewnik. Teledysk po prostu jest; nie zastanawiasz się, skąd się wziął. Tymczasem historia muzycznego klipu jest fascynująca i pełna zwrotów akcji.

Na początku był dźwięk

Pierwszy współczesny teledysk powstał w latach 70., ale opowiadanie o tym gatunku od tego akurat momentu byłoby równie sensowne jak pisanie o przebiegu wojny bez podania jej przyczyn. Żadna idea nie bierze się z powietrza – również ta stojąca za teledyskiem ewoluowała przez długi czas, przybierając rozmaite kształty, aż do chwili nadania jej formy, którą dziś uważamy za dogmatyczną. Zanim ostatecznie uformował się muzyczny klip, upłynęło niemal 80 lat.

Gdyby usilnie szukać źródła idei teledysku, można by się zapuścić w najdawniejsze czasy: do korzeni tańca, a może i jeszcze dalej. Dla dobra sprawy za punkt odniesienia dla dalszego rozwoju muzycznych klipów uznajmy rok 1895. Wtedy to za pomocą kinetofonu – łączącego cechy gramofonu i aparatu projekcyjnego zwanego kinetoskopem – William Dickson, pracownik Thomasa Edisona, nagrał pierwszy w historii film muzyczny. „Eksperymentalny film dźwiękowy Dicksona” pokazywał wynalazcę grającego na skrzypcach; obok tańczyło dwóch mężczyzn. Skromne, ale zawsze początki.

Można się zastanawiać, na ile idea Dicksona była oryginalna, a na ile rozwijała pomysł „ilustrowanych piosenek”. Były to utwory wykonywane na żywo jako podkład do slajdów lub fragmentów niemych filmów, zwykle w charakterze wprowadzenia przed głównym pokazem; czasem towarzyszył im występ tancerzy. Czy studio Edisona, znane z podkradania dobrych rozwiązań i przekuwania ich na rozwiązania jeszcze lepsze, i tym razem zapożyczyło obiecujący pomysł?

Kinowe korzenie

Zostawmy spekulacje i przenieśmy się do roku 1925. Wynaleziona dwa lata wcześniej technologia udźwiękawiania filmów stała się na tyle efektywna i przystępna, że nastąpił wysyp produkcji muzycznych. Na pierwszy pełnometrażowy film ze ścieżką dźwiękową przyszło widzom poczekać jeszcze rok, ale w kinach pojawiały się już kreskówki czy filmy, których główną atrakcją były skoczne, zgrane z obrazem piosenki.

Rewolucję w tym względzie zapoczątkowali Max i David Fleisher – żydzi polskiego pochodzenia, twórcy animowanej wersji Popeye’a. Bracia pokazali światu muzyczną kreskówkę: na ekranie widoczny był tekst piosenki, a rytm śpiewania wskazywała skacząca po kolejnych słowach piłka. To kolejna idea dziś brana za pewnik, a w swoim czasie nieoczywista, absolutnie nowatorska i po prostu genialna.

Muzyka w kinie stała się hitem, zwłaszcza gdy w 1929 r. zawitała do filmów pełnometrażowych. Hollywood nie szczędziło środków na produkcję musicali: w samym roku 1930 do kin trafiła ich ponad setka. Sporo? To mało powiedziane – było ich o wiele za dużo. Już po kilku miesiącach gatunek stracił widownię, zmęczoną oglądaniem ciągle tego samego, i był bliski wyzionięcia ducha. Na szczęście gdzieś na uboczu musicalowego trendu zaczął kształtować się gatunek krótkometrażowych filmów muzycznych z elementami fabularnymi – pierwowzorów współczesnych klipów muzycznych. Czy taki film to już teledysk?

Niezupełnie. Teledyskom potrzebna była telewizja.

Telewizja wkracza do gry

Nie od razu Kraków zbudowano, a teledysku nie wynaleziono wraz z rozpoczęciem nadawania telewizyjnych audycji. Najpierw muzyczne krótkometrażówki trafiły do wynalezionych we Francji szaf grających z ekranami – choć wspominamy o tym z kronikarskiego obowiązku, bo w żadnej części świata te maszyny nie przyjęły się na dłużej.

Tymczasem w drugiej połowie lat 50. w telewizji popularność zaczęli zdobywać piosenkarze, zwykle wykonujący swoje utwory na żywo (co zresztą doprowadziło do paru skandali). Chwila narodzin współczesnego teledysku stawała się coraz bliższa: w 1959 r. pionierski rockandrollowiec The Big Bopper ukuł termin „music video”. Zrobił to, niestety, zaledwie na kilka tygodni przed śmiercią w katastrofie lotniczej, w której zginęli też Ritchie Valens i Buddy Holly.

Według niektórych źródeł The Big Bopper nagrał pierwsze muzyczne wideo w historii, choć nadal trudno nazwać je teledyskiem – jest raczej zapisem mającego elementy fabularne występu w telewizji.

Kiedy mowa o muzyce XX wieku, nie sposób nie wspomnieć o Beatlesach. Ich pełnometrażowy „A Hard Day’s Night” z 1964 r., późniejsze filmy i promocyjne klipy spopularyzowały reklamę zespołów poprzez telewizję. Nadal jednak muzyczne wideo rzadko przedstawiało coś innego niż artystów występujących na tle mniej lub bardziej atrakcyjnej dekoracji. Nawet najbardziej pomysłowi artyści nie potrafili zaoferować niczego znacząco odbiegającego od przyjętej normy – nie licząc takich eksperymentów jak „Yellow Submarine”, czyli pełnometrażowego filmu animowanego Beatlesów opartego na ich piosence, równie odległego od teledysku, jak film jest odległy od sitcomu. Prawdziwy przełom w prezentacji utworów miał dokonać się tam, gdzie nikt się go nie spodziewał.

There can be only one!

Teledysk może mieć tylko jedną ojczyznę i jest nią właśnie Australia: to tam gatunek przybrał swój ostateczny kształt, co nastąpiło w latach 1974-1981. Ale czym w ogóle jest teledysk? Jakie są jego wyróżniki? Jest to najczęściej telewizyjny utwór muzyczny zilustrowany krótkim filmem. Według różnych źródeł do cech teledysku należą postmodernistyczna forma, dynamiczny montaż, wizualna interpretacja treści, fabuła czy efekty specjalne. Definicje potrafią jednak znacznie się różnić, a pojmowanie gatunku wydaje się sprawą mocno subiektywną, dlatego przyjmijmy, że współczesny teledysk jest połączeniem co najmniej kilku powyższych cech.

Tak na marginesie: według definicji ze Słownika Wyrazów Obcych Wydawnictwa Europa, wyd. z 2001 r., teledysk to utwór muzyczny ilustrowany krótkim filmem nagranym na taśmie magnetowidowej. Jeśli przyjąć takie założenia, najsłynniejsze klipy w historii nie są teledyskami, bo wiele z nich nakręcono na taśmie filmowej, którą od taśmy wideo odróżnia mnóstwo czynników. Ale przecież nie będziemy nikogo łapać za słówka.

Jeśli trzymać się naszej eklektycznej definicji, ojcem współczesnego teledysku będzie australijski program telewizyjny “Countdown”, którego nadawanie rozpoczęto w roku 1974. Już sama jego reklama wpisuje się w ramy teledysku: ma oryginalną ideę, jest dynamiczna, szybko zmontowana, a do tego pokazuje nie tyle samych artystów, co kulisy nagrywania ich programu. Podobnie jak kulka skacząca po tekście piosenki, zamysł stojący za Countdown dziś wydaje się prosty; podobne klipy po prostu są. W chwili premiery była to jednak absolutna nowość, pierwsza na całym świecie. Co istotne, nawet dziś spot programu wydaje się współczesny; do dziś właśnie tak montuje się wiele muzycznych klipów.

Oprócz “Countdown” w latach 70. furorę robił inny australijski program, bardzo podobny w założeniach: “Sounds”. Wiele wczesnych teledysków nakręcono właśnie na potrzeby tych dwóch produkcji. Swoją cegiełkę do rozwoju gatunku dołożyła także grupa Queen, która eksperymentowała z obrazem w klipie do „Bohemian Rhapsody”. Mimo wszystko teledysk przez całe lata 70. pozostawał gatunkiem niszowym, a światową popularność zdobył dopiero na początku kolejnej dekady. Dzięki MTV.

Kierunkowskaz dla pokoleń

Pierwsza i najważniejsza muzyczna telewizja wystartowała w roku 1981, zaś pierwszy teledysk w niej pokazany nakręcił (nieprzypadkowo) Australijczyk. Był to Russell Mulcahy, lepiej znany jako reżyser filmowego Nieśmiertelnego. Jego klip do piosenki „Video Killed The Radio Star” grupy The Buggles rozpoczął nową erę muzyki i telewizji; wskazał nowe metody realizacji i montażu wideo, zszokował widzów stylistyką, a także wytyczył drogę dla kolejnych pokoleń reżyserów. Styl Mulcahy’ego widać do dziś – przede wszystkim w kinie, ponieważ to na nim wzorowali się w początkach kariery Michael Bay czy David Fincher, czyli reżyserzy teledysków, których przygarnęło Hollywood między innymi ze względu na niezwykłą wrażliwość wizualną.

W latach 80. teledyski weszły do mainstreamu i zaczęły zmieniać popkulturę. To w tym gatunku lub w ramach poświęconej mu telewizji eksperymentowano z komputerowymi efektami specjalnymi (klip „Money for Nothing” Dire Straits) czy dokonywano postmodernistycznych eksperymentów fabularno-realizacyjnych (serial „Max Headroom”). To przez teledyski Metallica zmodyfikowała swój styl – aby lepiej wpasować się w gusta widowni MTV. Teledysk wreszcie stał się polem do popisu dla znanych artystów Hollywoodu. Przykładowo: John Landis, twórca filmu “Blues Brothers”, zrealizował klip do „Thrillera” Michaela Jacksona, przekształcając muzyczne wideo w fabularyzowany popis efektów specjalnych. Lata 80. i 90. były dla teledysków i ich twórców wspaniałymi czasami.

Dziś klipy muzyczne mają się i gorzej, i lepiej niż przed dekadą. Gorzej, ponieważ telewizje muzyczne tracą popularność, a w efekcie wideo jako forma promocji straciło siłę przebicia. Budżety na realizację stały się mniejsze, podobnie jak rola teledysków w kształtowaniu popkultury. Z drugiej strony – teledysk ma się lepiej niż kiedykolwiek. Własny film może stworzyć każdy artysta, nie tylko ten mający wsparcie dużej wytwórni. Klipy mogą kręcić nawet fani, gdyż wideo stało się medium działającym w obie strony; komunikującym wykonawców z odbiorcami.

A co będzie dalej? Na pewno coś ciekawego. To przecież nie koniec telewizyjno-muzycznej ewolucji.

Autorem tekstu jest Michał Puczyński

  • JaczHasiek

    Teledyski Michaela fajnie ogląda się w kanapie 8). Polecam pokombinowanie z konwersją z 2D do 3D, jest dobry efekt tej kombinacji. Warto popróbować. Zwłaszcza z TV co ma dobre skalowanie, ja oglądałem na LG 47LA691.

  • orys

    Artykuł oczywiście “pozyczony” z jakiegos anglojęzycznego serwisu, o czym swiadczy fakt, ze kompletnie pomija nasze strony…

    Bo jesli teledysk to jest film ilustrujacy muzyke, uzywajacy efektow specjalnych i tak dalej, to warto by bylo pokopac na Węgrzech, że tylko najbardziej znany przytoczę: http://www.youtube.com/watch?v=CGt-rTDkMcM